A w Kielcach – srebrne wesele

Międzynarodowy Salon Przemysłu Obronnego odbył się już po raz dwudziesty piąty, w tym roku swoją „wystawę narodową” miała Korea Południowa, a z prawdziwych nowości mieliśmy jeden karabin w dwóch odmianach – za to karabin był nie tylko polski, ale jeszcze do tego naprawdę fajny (choć na razie w wersji demo).

Kielecki jubileusz oczywiście znalazł odzwierciedlenie w stosownych fetach, zaprzątających głównie organizatorów i grupę stałych bywalców, wzajemnie obdarowujących się nagrodami okolicznościowymi. Mniej dopisali oficjele: rząd reprezentowali wicepremier, minister rozwoju Mateusz Morawiecki oraz minister obrony narodowej Antoni Macierewicz, a urząd prezydenta szef BBN Paweł Soloch. Na odbywającym się w tym samym czasie XXVII Forum Ekonomicznym w Krynicy byli nie tylko prezydent, premier i wszyscy najważniejsi polscy politycy – było tam także kilku przedstawicieli rządów innych krajów (Czech, Słowacji, Węgier, Gruzji, Macedonii, Ukrainy). Może więc warto jednak przemyśleć termin kieleckiej imprezy? W końcu krynickie Forum ma dwie pałki więcej w numerze kolejnym, więc chyba nie byłby to dyshonor… A może (wiem, to brzmi jak herezja) warto rozważyć także zmianę formuły na biennale? Bo co drugi rok dochodzi także do kolizji z londyńskimi targami DSEI (w tym roku odbywały się tydzień po kieleckich).
Co ciekawe, wbrew dotychczasowej praktyce oficjalne tegoroczne statystyki nie ukazały się do dnia ukończenia niniejszego artykułu, więc o rozmachu imprezy można powiedzie
coś tylko na podstawie zapowiedzi. Otóż w tym roku miało być 605 wystawców, w tym 308 zagranicznych (z 27 krajów), czyli po raz pierwszy wystawców krajowych byłoby mniej, niż cudzoziemskich. Przypomnijmy, że rok temu na targach było 614 stoisk, w tym 349 firm z Polski i 265 firm z zagranicy, pochodzących z 30 krajów. Regres? Raczej przegrzanie. Firmy zagraniczne liczą na udział w torcie zamówień zbrojeniowych – zapowiadane 2,5% PKB przeznaczane na wydatki wojskowe w 2030 roku robi wrażenie, zwłaszcza w połączeniu z rosnącymi wskaźnikami gospodarczymi. Firmy polskie liczą zaś koszty wystawienia się w Kielcach i porównują z realnymi zamówieniami – a te są lokowane wciąż w tych samych, państwowych firmach.
Bardzo dobrze rozwój MSPO podsumował w jednym z licznie udzielanych wywiadów prezes zarządu Targów Kielce, Andrzej Mochoń: otóż ćwierć wieku temu „- Zaczynaliśmy od jednej hali, w Kielcach było tylko kilka hoteli, w których na dodatek trudno było znaleźć pracowników mówiących po angielsku, zaś z Warszawy na targi jechało się ponad cztery godziny. Dzisiaj jest zupełnie inaczej.” Tak, to prawda. W Kielcach co drugi młody człowiek płynnie rozmawia po angielsku, z Warszawy do Kielc jedzie się już tylko dwie i pół godziny, a hal targowych jest dziś aż siedem. Ale hoteli w Kielcach wciąż jest tylko kilka – i nie ma znaczenia, że w okresie targów są absurdalnie drogie, bo i tak nie ma w nich miejsc. Za pokój dwuosobowy za cztery targowe noce w Kielcach życzą sobie 7200 zł (tak okazyjna cena tylko dlatego, że z łazienką na korytarzu) – tymczasem w Londynie czy Paryżu można pokój wynająć za połowę tej ceny, a jak się poszuka to i za jedną trzecią. I pokoje są. A przejechanie 180 km zajmuje w innych krajach europejskich półtorej godziny. To zapewne nie zależy od prezesa Mochonia, ale jeśli Kielce chcą być nadal liczącym się miastem targowym, to coś muszą zrobić i z bazą hotelową, i z komunikacją, i z gastronomią też. Wieczorem w mieście zjeść można co najwyżej żonine kanapki – restauracji w Kielcach też jest tylko kilka, w tym roku poza tymi hotelowymi na głównej ulicy miasta naliczyliśmy dwie knajpki, jedną pijalnię piwa i bar McDonald’s…