Schmeisser AR15 – prawdziwie teutońska jakość

Niektóre meandry historii potrafią wprawić w osłupienie – oto dwójka obrotnych przedsiębiorców z Niemiec wykupuje od spadkobierców prawa do używania imienia i nazwiska sławnego niemieckiego konstruktora, aby znaczyć nim produkowane przez siebie klony amerykańskiego karabinu i pistoletu!
Firma Schmeisser GmbH może się tak nazywać, bo dysponuje prawami do nazwy „Hugo Schmeisser”. Żeby było jeszcze ciekawiej, mianem Schmeisser ochrzczono karabiny i karabinki rodziny AR-15, a imieniem Hugo – pistolety rodziny M1911. Dziś zaprezentujemy karabinek, a pistolet w niedalekiej przyszłości. Spółka ta została założona w Krefeld, w Nadrenii Północnej-Westfalii, przez wspólników Thomasa Hoffa i Andreasa Schumachera, którzy od ponad 20 lat prowadzą z sukcesem przedsiębiorstwo handlowe Waffen Schumacher – zajmujące się m.in. importem do Niemiec cywilnej broni w typie wojskowym, także z krajów byłego Układu Warszawskiego.
Jedną z pierwszych prac projektowych nowej spółki było opracowanie i wdrożenie do produkcji klona karabinu AR-15, od razu w dwóch równolegle przygotowywanych wersjach: cywilnej (samopowtarzalnej) oraz wojskowo-policyjnej (z funkcją ognia samoczynnego). Ta druga miała być oferowana niemieckim służbom uzbrojonym w broń maszynową, a z czasem może także Bundeswehrze, jak też wszelkim uprawnionym odbiorcom zagranicznym – w końcu dziś każdy nawet najmniejszy kraj chce mieć swoich wojaków uzbrojonych w em-czwórki, a nie każdemu broń sprzedadzą Amerykanie… A Schmeisser GmbH jest oficjalnym, licencjonowanym dostawcą NATO (numer CF537), jako jedna z zaledwie czterech niemieckich firm produkujących broń strzelecką, która ma taki status.
Cywilna wersja szmajserowkich aerów została opracowana zgodnie z restrykcyjnymi niemieckimi przepisami technicznymi, co zapewnia m.in. nieprzerabialność wtórną na wersję maszynową. Ale najważniejsza była kwestia jakości i dostępności. Europejski cywilny rynek broni myśliwskiej i sportowej w pewnym momencie otworzył się – i od razu zakochał w Czarnym Karabinie. Europejski, czyli przede wszystkim niemiecki, bo tu jest najwięcej posiadaczy broni i tu wydają oni najwięcej pieniędzy. Tymczasem karabiny importowane z Ameryki ciurkały wątłym strumyczkiem, bo choć w USA ich produkcja idzie pełną parą, to jej większość wchłania bezdenny rynek amerykański. Tamtejsze skomplikowane procedury eksportowe także nie sprzyjały rozwojowi handlu – a mała podaż przy dużym popycie windowała ceny, co powodowało dysonans poznawczy u klientów. Większość bowiem amerykańskiej oferty to broń dość, żeby to delikatnie określić, rustykalna. Po prostu inne uwarunkowania przekładają się na nieco inne oczekiwania odnośnie standardu wykonania