„Karabin dobry, tylko nabój nie nasz” – przeróbki MG 42 kalibru 7,62 mm w czasie wojny i po niej

Pojawienie się ukaemu MG 42 na początku 1943 roku nie przeszło bez echa za granicą – zarówno w krajach sprzymierzonych z Niemcami, jak i wrogich. Co najmniej dwa z nich podjęły próby przeróbki tej broni na własną amunicję jeszcze w czasie trwania konfliktu

Pierwszym doświadczeniem walk lądowych II wojny światowej dla US Army była operacja „Torch”, lądowanie we francuskiej Afryce Północnej i walki z Deutsche Afrikakorps zepchniętym aż do Tunisu przez brytyjską ofensywę zapoczątkowaną pod El Alamein. Amerykanie mieli z tego debiutu mieszane wrażenia, bo ich pierwsze starcie z Niemcami zakończyło się początkową kompromitacją na przełęczy Kasserine, choć ostatecznie amerykański kontratak zdołał zatrzymać i odrzucić natarcie niemieckie. Jedną z broni wroga, która budziła tam wśród GIs największe przerażenie był nowy niemiecki karabin maszynowy – MG 42.

Była to broń znacznie bardziej udana od używanych przez nich karabinów maszynowych Browninga, uniwersalna, zdolna pełnić rolę ręcznego karabinu maszynowego na dwójnogu, a po zamontowaniu na stabilniejszej podstawie trójnożnej – zadania ciężkiego karabinu maszynowego. W obu tych wcieleniach wielką pomocą w osiąganiu nadzwyczajnej skuteczności ognia była jego olbrzymia szybkostrzelność, sięgająca 1100–1300 strz./min., a więc dwukrotnie wyższa od amerykańskich karabinów maszynowych, strzelających w tempie 500–600 strz./min. Ta szybkostrzelność, prócz zastąpienia znajomego „ratatata” odgłosem przypominającym darcie płótna, zmniejszała także rozrzut, zwiększając szanse trafienia celu. Im gęstszy ogień bowiem, tym większa skuteczność broni – paradoksalnie nawet bez powodowania strat bezpośrednimi trafieniami. Strach przed serią z MG 42 przyciskał bowiem alianckim żołnierzom głowy do ziemi znacznie mocniej niż przed tą ze zwykłego karabinu maszynowego, ułatwiając Niemcom natarcie skokami pod jego osłoną