Z pierwszej transzy 28 miliardów złotych z programu SAFE, które trafiły wiosną do Polski, zdołano wydać do końca czerwca niecałe 160 milionów. Jest zatem dokładnie tak, jak pisałem w marcu i czerwcu: unijna pożyczka „wojskowa” idzie niemal w całości na utrzymanie płynności budżetu, aby bankrutujące pod rządami obecnej koalicji państwo nie upadło przed wyborami. Jako rzekome sukcesy przedstawia się zaś kontrakty wcześniej wynegocjowane i najczęściej zresztą wcześniej podpisane, jeszcze przez poprzedni rząd. Których finansowanie było zapewnione z własnych środków ministerstwa – teraz te pieniądze są księgowo cofane do budżetu, a w ich miejsce wprowadzane kwoty na niby wzięte z pożyczki. Szczególnie kuriozalnie wygląda dumne wypinanie biustów przez obecną ekipę przy okazji programów czołgowych, śmigłowcowych czy morskich. A tyle było szydzenia z „pisowskiej zakupowej megalomanii”... Po co nam tyle czołgów, po co nam tyle helikopterów, a po co w ogóle marynarka? Żakiet nie wystarczy?
Jeden wiceminister MON tak się puszył przy Apaczu, że aktualny namiestnik naszego najważniejszego sojusznika, rządzący krajem w randze ambasadora, nazwał go prześmiewczo „Rambo” – w kontekście trzeciej części filmowej serii o niezwyciężonym komandosie, który tam walczył właśnie ze śmigłowcem. Grała go francuska SA 330 Puma, ucharakteryzowana na rosyjskiego Mi-24, ale ambasadorowi i wiceministrowi pomyliła się z AH-64E Apache (ale że nasz wice walnie w Apacza czołgiem, jak Rambo?). Nasz wiceminister sarkazmu nie wyłapał, i obnosi się teraz jak paw z tym przydomkiem. W czym przypomina mi Kalego z powieści W pustyni i w puszczy Henryka Sienkiewicza, który także obnosił z dumą fakt, że Staś nazwał go osłem – po angielsku donkey. W angielskim Kali biegły był tak, jak nasi ministrowie w zbrojeniach. Którym to ministrom ruska rakieta leciała sześć minut nad naszym pięknym krajem, aż wybuchła, szczęściem w polu rzepaku. Rolnik, na którego terenie to spadło o szczęściu mówić nie może, bo czego nie zniszczył pocisk, zadeptali strażacy, wojacy i politycy. Rząd mu żadnych pieniędzy oczywiście nie wypłaci, bo i po co?
W ogóle z tą rakietą to było dużo śmiechu. I świetnego kryzysowego zarządzania, z czego słynie obecny rząd. Dość powiedzieć, że w jednym powiecie dyżurny nie zdążył dojechać do urzędu (gdzie stoi radiostacja), w drugim nie usłyszał SMS-a i się nie obudził, w trzecim czekał, aż dodzwoni się do przełożonego. A do powiatu biłgorajskiego, w którym rakieta Ch-101 spadła na wspomniane pole rzepaku we wsi Tarnawa-Kolonia, polecenie włączenia syren przyszło mailem już cztery minuty po wybuchu. Czyli w tempie iście rakietowym. Zaś w Lublinie syreny uruchomiono, choć miasto nie leżało na trajektorii lotu pocisku – za to włączono je kilkanaście minut po jego upadku. Rakietę śledzili piloci poderwanej dyżurnej pary myśliwców, ale jej nie zestrzelili, bo „nikt nie kazał”. A trzeba wiedzieć, że na kierunku jej lotu znajdował się zbrojeniowy zakład produkcji amunicji w Kraśniku, tak tajny że wszyscy o nim wiedzą. Swoją drogą ciekawe, że gdy lokowano tę fabrykę w 1937 roku, Kraśnik był wówczas pośrodku Polski – stąd wybór akurat tego miejsca. Dziś to już trochę nieaktualne, lecz zamiast przenieść zakład, wciąż się w niego inwestuje, w tej lokalizacji...
Ale będzie dobrze, bo nasze niezwyciężone wojsko jest doskonale gotowe do defilady, co z dumą obwieścił gen. Wiesław Marian Kukuła, nasz wódz naczelny. Który w zaledwie 10 lat zdobył cztery generalskie gwiazdki. Zuch!
A ja zapraszam Państwa serdecznie do lektury wrześniowego numeru naszego miesięcznika: papierowo lub elektronicznie, do oglądania filmów na kanale KINO STRZAŁ.pl – oraz do zaprenumerowania naszego czasopisma.