Jak to się robi w Czechach

Czeskie ministerstwo transportu planowało przeznaczyć równowartość ok. 70 mln złotych na system elektronicznych winiet autostradowych, mających zastąpić obecnie obowiązujące nalepki na szybę – zamówienie, w trybie bezprzetargowym, otrzymała polska firma Asseco. Gdy fakt ten przedostał się do publicznej wiadomości, czeski przedsiębiorca branży informatycznej, Tomáš Vondráček, postanowił rząd ośmieszyć. Szybko zorganizowano publiczny maraton informatyczny (tzw. hackathon), podczas którego 60 programistów w ciągu jednego weekendu opracowało, napisało i udostępniło alternatywny system e-winiet, w dodatku za darmo. Rząd jest tą alternatywą zainteresowany – już następnego dnia po hakatonie z Vondráčkiem spotkał się, z własnej inicjatywy, premier Czech Andrej Babiš.

Tę z pozoru niemającą związku z tematyką naszego czasopisma wiadomość dedykuję ekipie polskiego Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Administracji. Czesi udowodnili, że kilku ogarniętych w danym temacie ludzi jest w stanie zrobić więcej w kilka dni, niż ministerialny sztab urzędników-dyletantów nie jest zdolny zrobić w ciągu kilku lat. A przy okazji można oszczędzić gigantyczne kwoty publicznych pieniędzy, których nie potrzeba ściągać w podatkach przy pomocy rozbudowanego aparatu fiskalnego – z korzyścią dla wszystkich obywateli. A jak projekty informatyczne robi się w Polsce, mogą Państwo przeczytać na następnych stronach – już w kontekście jak najbardziej zgodnym naszą z linią tematyczną.

Zapewne wiele osób ciekawi, czy coś dzieje się w kwestii zmian w ustawie o broni i amunicji – wszak ustawa „o wykonywaniu działalności” została w zeszłym roku zmieniona, co powinno pociągnąć za sobą zmiany także w tej o broni, bo dziś mamy definicyjny i proceduralny rozjazd pomiędzy tymi dwoma aktami. W resorcie od dawna gotowy jest projekt niezwykle kagańcowej nowelizacji, który już raz został upubliczniony, wywołując wielką burzę w mediach społecznościowych. Nie sądzę, aby ktokolwiek odważył się wyjmować go z szafy teraz, w przededniu wyborów prezydenckich, których wynik – jak wskazują sondaże – rozstrzygnąć się może kilkoma tysiącami głosów.

Paradoksalnie większym problemem może być działalność grupy osób, od kilku lat próbujących przekonać decydentów do idei „małej nowelizacji ustawy” – której celem miałoby być tak naprawdę tylko poszerzenie grupy finansowych beneficjentów obecnej sytuacji prawnej. Zachowując niezachwianą pozycję PZSS jako dystrybutora uprawnień do ubiegania się o pozwolenie na broń do celów sportowych i po części kolekcjonerskich, zwiększyłaby się liczba podmiotów uprawnionych do prowadzenia obowiązkowych, odpłatnych szkoleń oraz do posiadania broni maszynowej. Ta zaś mogłaby być udostępniana (oczywiście odpłatnie) do strzelania dla wszystkich chętnych. Dlaczego uważam, że to jest zły pomysł? Bo odwraca uwagę od rzeczywistych problemów, a przy okazji łatwo takie rozwiązania ośmieszyć i uciąć w parlamencie. Pod obrady trafi projekt zawierający, w ramach kompromisu, także kilka rozwiązań wymyślonych przez resort – ale przejdą tylko resortowe, bo te społeczne okażą się nieakceptowalne. Już raz to środowisko weszło na identycznie zastawioną minę – błądzenie jest rzeczą ludzką, ale powielanie błędów to ciężki grzech.

Zapraszam Państwa do lektury lutowego numeru : papierowo – już w czwartek 13-go, elektronicznie i na stronie internetowej www.strzał.pl.