Początek roku obfitował w wydarzenia rodem z czasów słusznie wydawałoby się minionych. Tymczasem tak jak niezmienne prawa przyrody – powszechne prawo ciążenia, zasada zachowania energii czy prawo przepływów – także relacje społeczne i polityczne pomiędzy poszczególnymi ludźmi i całymi narodami są niezmienne: większy może więcej, państwa nie mają przyjaciół tylko interesy, każdy sojusz może być odwrócony jeśli to będzie korzystne dla odwracającego, itp. Nie ma „prawa międzynarodowego”, tylko są traktaty i konwencje – które wiążą wyłącznie ich sygnatariuszy, i które zawsze można wypowiedzieć, jeśli służy to bieżącym interesom. Nie mamy pańskiego płaszcza, i co nam Pan zrobi?
Czy kiedykolwiek było inaczej? Ligę Narodów powołano w szczytnych intencjach, ale nie wyszło. Jej następczyni, Organizacja Narodów Zjednoczonych, miała być wolna od obciążeń Ligi – czemu miała służyć Rada Bezpieczeństwa. Do której weszło pięć mocarstw – zwycięzców II wojny światowej. Zapału starczyło na kilka lat, bo po pierwszej interwencji zbrojnej pod egidą ONZ, jako sił rozjemczych w wojnie pomiędzy dwoma Koreami w 1950 roku, Rada już nigdy nie podjęła takiej decyzji. Wówczas ZSRR zbojkotował jej obrady i dlatego podjęto uchwałę – później każde z mocarstw po prostu stosowało przysługujące mu prawo weta. Dlatego ani na Bliskim Wschodzie, Wietnamie czy Afganistanie nie było walczących pod flagą ONZ żołnierzy – co najwyżej tzw. siły pokojowe. Bo duzi mogą więcej, czy to się komu podoba, czy nie. A pozycję stałych członków Rady – poza statusem zwycięzców II wojny – buduje posiadanie broni jądrowej.
Być może uczciwszy był uformowany na Kongresie Wiedeńskim w roku 1815 „koncert mocarstw” – porozumienie najważniejszych graczy na geopolitycznej szachownicy co do zachowania status quo. Jeśli ktoś chciał ten stan zmienić, musiał mieć zgodę pozostałych. Tak ukształtowana równowaga sił przetrwała prawie sto lat – choć miała liczne zakłócenia: Wojnę Krymską, wojny włoskie czy cykl wojen związanych ze zjednoczeniem Niemiec pod berłem Prus. A czy nasze powojenne 80 lat było naprawdę takim czasem świetlanego europejskiego pokoju? Cypryjczycy (tak Grecy, jak i Turcy), Serbowie, Chorwaci, Bośniacy, ale też Irlandczycy mogą mieć na ten temat nieco inne zdanie. A wojna algierska i rozruchy we Francji? A dekada działania lewackich terrorystów w Niemczech, Włoszech czy Hiszpanii?
Obecna sytuacja wokół naszego kraju nie wygląda zbyt różowo. Ukraina przegrywa starcie z Rosją, w dużej mierze na własne życzenie (wiosną 2022 roku mogła zakończyć wojnę na znacznie korzystniejszych warunkach niż obecnie, tylko dała się podpuścić zachodnim sojusznikom i przelicytowała), powstaje nowa oś podziału USA – Chiny, z niejasną pozycją państw europejskich, z których część jest jawnie antyamerykańska. Projekt Unii Europejskiej albo zawali się pod ciężarem idiotycznej ideologii klimatycznej, niszczącej podstawy egzystencji państw w jej skład wchodzących, albo przekształci w IV Rzeszę Niemiecką, tracąc resztki maskujących piórek. Tak czy siak, dalsze trwanie w UE zagraża egzystencji Polski jako samodzielnego bytu państwowego – bo suwerenność w większości już oddaliśmy brukselskiej biurokracji. Ale na szczęście jeszcze nie całą...
W tej sytuacji pozostaje jedno – szkolić się w strzelaniu, gromadzić broń i amunicję, zadbać o resztę ekwipunku na wszelki wypadek (hełm, kamizelka, itp.). Oby się nigdy to nie przydało.
I z takimi przemyśleniami zapraszam do lektury zimowego (styczeń–luty) numeru miesięcznika
, papierowo lub elektronicznie, do oglądania filmów na kanale KINO STRZAŁ.pl – no i oczywiście do zaprenumerowania naszego czasopisma
