Is fecit, cui prodest

Pytanie pierwsze: kto najwięcej zyskuje na powszechnym rozbrojeniu Polaków, którego skutkiem jest równie powszechna nieumiejętność obchodzenia się z bronią palną? Pytanie drugie: czy państwo, aspirujące (w swoim mniemaniu) do roli mocarstwa, może utrzymywać w kraju sąsiednim – który kiedyś znajdował się w jego strefie wpływów – rozległą agenturę, aby używać jej do ochrony własnych interesów? Jeśli odpowiedź na pytanie drugie jest twierdząca, a odpowiedź na pytanie pierwsze brzmi „Rosja”, to wówczas klarowne staje się, czemu każdej próbie dokonania zmian w polskich przepisach regulujących dostęp do broni palnej towarzyszy niesłychanie intensywny wysyp wszelkiego rodzaju zdarzeń związanych z bronią, dyskredytujących jej posiadaczy.

Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki – tu Policja odnajduje „bandycki arsenał”, tam zwija przemytników szmuglujących promem lewe pistolety, tu leciwy frustrat dobywa spod poduszki czarnoprochowca, żeby dać odpór ratownikom, chcącym zawieźć go do szpitala. Najdziwniejszym wśród przypadków ostatniego miesiąca był ten z uciekającym przed Policją rewolwerowcem czarnoprochowym – jak widać, nagle ten rodzaj broni objawił się nam szczególnie aktywnie. Oto patrol Policji chce zatrzymać samochód przekraczający prędkość – na naszych drogach to normalka. Kierowca podejmuje próbę ucieczki – też banał, zapewne to naćpany głupek, który ma nadzieję, że mu się uda. Policja zatrzymuje go po krótkim pościgu – rutyna, a głupek ma szczęście, że nie zaczęli strzelać. I tu robi się dziwnie: według wersji oficjalnej, człowiek ów wyciąga odprzodowy rewolwer i strzela do policjantów, trafiając jednego w nogę, a drugiego w brzuch. Ci odpowiadają ogniem broni służbowej i zabijają napastnika. Po czym lądują w szpitalu, bo ich rany są groźne. Napastnik nie żyje, Policja i sprawiedliwość tryumfują. Ale...

Okazuje się, że napastnik to zawodowy przestępca, wielokrotnie notowany przez Policję i z kilkoma odsiedzianymi wyrokami na karku. Zawodowiec. Ktoś taki nie ucieka przed patrolem drogówki, ani nie wyciąga broni na funkcjonariuszy – tym bardziej tak beznadziejnie nieadekwatnej, jak czarnoprochowy rewolwer. Nie robi tego, bo ma świadomość skutków. Nawet jeśli był za kierownicą lekko nieświeży, to przy jego pozycji negocjacyjnej będzie to oznaczało co najwyżej zakapowanie jakiegoś konkurenta w zbójeckim fachu (bo przecież nie kolegi) – w taki sposób wszystkie policje świata zdobywają informacje, czy to się komuś wydaje moralne, czy nie. Chyba, że w bagażniku zawodowiec (marny, gdyby tak miało być) wiózł ze sto kilo kontrabandy, najlepiej kokainy. Tyle, że konwojent worka koki nie byłby uzbrojony w replikę XIX-wiecznego rewolweru, ani nie podróżowałby sam. To może w bagażniku miał coś innego? Być może, ale żadna informacja na ten temat się nie pojawiła, nawet pod postacią nieoficjalnych przecieków. Po prostu – kierowca uciekał, bo miał wczorajsze złogi zabronionych związków chemicznych we krwi. Gdyby to był głupi nastolatek, zgoda. Ale to był recydywista. Ja tego nie kupuję.

To co się stało? Nie mam pojęcia. Może miała to być jakaś ustawka, tylko kogoś poniosły nerwy i zareagował zbyt intensywnie? A potem już poszło... Pytanie trzecie: czy mąci tylko Rosja i czy aż tak daleko trzeba szukać przyczyn nakręcania spirali wydarzeń? Jedno jest pocieszające – po intensywności akcji dyfamacyjnej można wnioskować, że tym razem coś w prawie być może uda się jednak zmienić. Wszak służby wiedzą ciut więcej niż zwykli ludzie.

Zapraszam do lektury czerwcowego numeru miesięcznika – papierowo, elektronicznie i na stronie www.strzał.pl – i do trzymania kciuków za zmianę ustawy o broni i amunicji.